![]() |
| Fot. Janusz Kazimierz Dybkowski |
Kto zna mnie z czasów licealnych, na pewno się zdziwił, że od momentu, kiedy wczoraj dowiedzieliśmy się o samobójczej śmierci Robina Williamsa, nie skomentowałem tego faktu ani na blogu, ani nawet na żadnym z jego wielu fanpejdży. Zdziwienie bierze się z faktu, że każdy kto kojarzy mnie z moich lat nastych spędzonych w rodzinnym Piotrkowie Trybunalskim, wie, jak wielkim wydarzeniem dla autora tego bloga było poznanie Williamsa, kiedy jako siedemnastolatek miał przyjemność pracować z amerykańskim aktorem na planie wojennej tragikomedii w reżyserii Petera Kassovitza. Film zatytułowany był Jakub kłamca, opowiadał o życiu w żydowskim gettcie w czasie II wojny światowej, a ja byłem jednym z piotrkowian, którym udało się dostać pracę jako statysta przy tej hollywoodzkiej produkcji.
Porządnego filmowego bakcyla podłapałem już kilka lat wcześniej (o tym na blogu kiedy indziej), ale to właśnie te dwa tygodnie w październiku 1997 r. na planie Jakuba kłamcy sprawiły, że kinem zaraziłem się na dobre i żyję nim po dziś dzień. To wtedy poznałem film od kuchni, obserwując dzień po dniu, jak żmudną pracą jest przygotowanie i kontrola planu zdjęciowego, poznając mnogość funkcji, za które na tym polu walki odpowiadają różni ludzie, i ogólnie jak wiele z operacji militarnej ma kręcenie tego typu produkcji. Przez 12 dni zdjęciowych dane mi było obserwować machinę filmową i zasady jej działania oraz poznawać wszystkich tych, bez których nie jest ona w stanie sobie poradzić - od cateringu i garderobianych, przez wózkarzy i elektryków, po kierownika planu i aktorów. Ci ostatni w hierarchii zespołu pracującego przy filmie plasowali się wyżej niż sam reżyser i producenci, więc dostęp do nich był mocno ograniczony; tym bardziej cieszyłem się, kiedy w końcu dane mi było poznać Robina Williamsa.

