czwartek, 10 stycznia 2013

2012: ROK W KINIE (CZĘŚĆ II)



Dziś druga część podsumowania minionego roku w kinie (pierwszą, z miejscami 20-11, znajdziecie tutaj).
W 2012 r. dużo mówiło się o końcu filmu (nie tylko w kontekście digitalizacji i odchodzenia od celuloidu), dlatego w pierwszej dziesiątce najlepszych filmów roku znalazły się tytuły, które zadały kłam biadoleniu akademików, jakoby zbliżał się filmowy armagedon. Bo - jak pokazało ostatnich dwanaście miesięcy - filmowcy do powiedzenia mają jeszcze bardzo dużo: czy to poprzez przestawianie skostniałych konwencji, metafilmowe eksperymenty, czy poruszanie tematów przez lata uważanych za ekranowe tabu. Oto pierwsza dziesiątka filmów, które w 2012 r. przywróciły wiarę w kino.

10 >>>> DOM W GŁĘBI LASU (reż. Drew Goddard, dystr. Forum Film)
Filmowo-komiksowy übergeek Joss Whedon (Buffy, Serenity) w tym roku miał dwa powody do radości: pierwszym, bardziej oczywistym, był kasowy sukces jego superbohaterskiej wersji Wściekłych psów, czyli marvelowskie Avengers. Drugim, bardziej nobilitującym, był fakt, że jego projekt z częstym współpracownikiem Drew Goddardem (Lost - Zagubieni, Projekt: Monster) w końcu ujrzał światło dzienne (film ponad rok przeczekał na półce dystrybutora). Czy w zajechanym na śmierć gatunku slashera da się jeszcze powiedzieć coś nowego? Wyreżyserowany przez Goddarda i współpisany przez Whedona Dom w głębi lasu udowadnia, że wszystko zależy od wyobraźni scenarzystów i dystansu wobec kanonu. Bo gdy zdolni twórcy przednie bawią się, wywracając skostniały gatunek do góry nogami, my także dobrą zabawę mamy gwarantowaną. A gdy do tego doda się jeszcze element metafilmowy, w którym widownię reprezentują bogowie głodni krwistej ofiary... Czy można chcieć więcej?

>>>> TAKE THIS WALTZ (reż. Sarah Poley, dystr. Solopan)
Mało osób wie, że wielokrotnie nagradzana Miłość Michaela Haneke, niepodzielnie królująca w większości rocznych podsumowań za 2012, o mały włos wcale by nie powstała. Wszystko przez Sarę Polley - kanadyjską aktorkę (znaną m. in. z remake'u Świtu żywych trupów Snydera), która w swym reżyserskim debiucie podobnie poruszyła temat miłości przytłoczonej starczym rozpadem (Away from her, 2006). Początkowo Haneke nie chciał kopiować pomysłu młodej reżyser, jednak po jakimś czasie do tematu powrócił, rozwijając swoją historię w nieco innym kierunku. I bardzo dobrze - dzięki temu w 2012 dostaliśmy nowy film austriackiego ponuraka, a i Polley złożyła nam kolejną filmową propozycję. Cytująca w tytule song Leonarda Cohena Kanadyjka zaprosiła nas do walca, który niejednemu widzowi przetrącił mniemanie o tym, czemu związki między ludźmi mają tendencję do rozpadu. Okazuje się, że czasem, by kobieta odeszła, nie potrzeba braku kontaktu z mężem, kłótni, zdrad czy przemocy domowej - wystarczy głęboko skrywane uzależnienie od zakochania. Take This Waltz to boleśnie szczera wizja dezintegracji więzi łączących idealną wręcz parę. I kto by pomyślał, że komedianci Seth Rogen oraz Sarah Silverman tak dobrze sprawdzą się w dramatycznym repertuarze.

>>>> POZA SZATANEM (reż. Bruno Dumont, dystr. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty)
Filmy o wierze z zasady dzielimy na dwie kategorie: anty- i proreligijne; przestrzeń pomiędzy tymi dwoma biegunami rzadko interesuje filmowców, a jeszcze rzadziej wychodzi z tego dobre kino. Bruno Dumont (Hadewijch, Flandria) swoją filmografię poświęcił analizie współczesnej boskości w szarej strefie, i właśnie tym niepopularnym tematem zajmuje się także w swoim ostatnim obrazie. Nieoczywistym, niemalże pozbawionym dialogów i hipnotycznym jak gregoriańskie chóry puszczone w zwolnionym tempie.

7 >>>> RÓŻA (reż. Wojciech Smarzowski, dystr. Monolith)
To, co najbardziej robi wrażenie w trzecim pełnometrażowym filmie Smarzowskiego, to niespotykana u nas bezkompromisowość na niemalże każdym poziomie tekstu. Spójrzmy na treść: nie dość, że scenariusz Michała Szczerbica (Prawo ojca, 1999) ma czelność tykać wstydliwego tematu przesiedleń z terenów Polski po drugiej wojnie światowej, to dodatkowo skupia się na kwestii wojennej i powojennej przemocy seksualanej wobec kobiet - i nie boi się przedstawiać jej bez znieczulenia. Do tego dochodzi forma: zamiast płynnie łączonych sekwencji, które zapewniłyby widzom narracyjny błogostan, w Róży mamy do czynienia z historią poszarpaną jak emocjonalność dwojga głównych bohaterów - wyklętej przez lokalną społeczność Mazurki (Agata Kulesza), wdowy po żołnierzu Wermachtu, i opiekującego się nią akowca (Marcin Dorociński), któremu w zgliszczach Warszawy Niemcy zgwałcili i zabili żonę. Wystawne sekwencje pacyfikacji miast, które u typowego reżysera przeciągane byłyby tak, by oniemiony rozmachem widz mógł docenić trud włożony w tworzenie danej sceny, u Smarzowskiego zobaczymy odważnie sprowadzone do kilkusekundowych przebitek - bolesnych powidoków przeszłości bohaterów, która nigdy nie da o sobie zapomnieć.
Cała recenzja tutaj.

>>>> MIŁOŚĆ (reż. Michael Haneke, dystr. Gutek Film)
Znając chłodne podejście Michaela Haneke do konsekwentnie niełatwych tematów podejmowanych w jego filmach (kto widział którąś z dwóch wersji Funny Games, wie, że ta postawa niewzruszonego antropologa potrafi czasem wyprowadzić widza z równowagi), można się było spodziewać, że i ta historia miłości wystawionej na próbę potraktowana zostanie z akademickim dystansem, tak charakterystycznym dla austriackiego moralizatora. Obawy szybko zostają rozwiane: przy Miłości bezlitosnego obserwatora za kamerą zastąpiło cieplejsze alter ego Hanekego - siedemdziesięciolatek, który ze słabo maskowanym współczuciem przygląda się wydarzeniom, które wcześniej czy później staną się także jego udziałem. Zamiast pornografią umierania stonowany jak nigdy Haneke epatuje tutaj co najwyżej bezsilnością wobec ludzkiego cierpienia i biologii. Bezsilnością, która w końcu zmusi bohaterów, by zrewidowali swoje rozumienie tego, co to znaczy naprawdę kochać (ta specyficzna relacja tytułu z treścią jest zresztą jedną z najciekawszych figur zastosowanych w filmie).
Całość recenzji tutaj.

>>>> KOCHANKOWIE Z KSIĘŻYCA. MOONRISE KINGDOM (reż. Wes Anderson, dystr. Kino Świat)
Oryginał amerykańskiego kina Wes Anderson (Fantastyczny Pan Lis, Pociąg do Darjeeling) ma coś z Tima Burtona. Na pewno obu ekscentryków charakteryzuje zamiłowanie do animacji oraz rozpoznawalny styl (tak wizualny, jak i pod względem poruszanej tematyki), jednak podczas gdy dla Burtona jego oryginalny idiom z czasem stał się ciężarem, Anderson wciąż odnajduje nowy sposoby, by jego niepoważna estetyka nie zinfantylizowała poruszanych przezeń treści. Tak też jest i w Kochankach z księżyca - filmie o dziecięcej miłości, ale jakże dorosłym.

>>>> WICHROWE WZGÓRZA (reż. Andrea Arnold, dystr. Gutek Film)
Jeżeli ktoś myślał, że po świetnym Fish Tank (2011) Andrea Arnold zamknie się w hermetycznym światku brytyjskiego kina społecznego, w tym roku miał okazję przekonać się o tym, jak wszechstronny jest talent młodej Angeilki. Arnold porwała się na adaptację klasycznej dziewiętnastowiecznej powieści Emily Brontë i nie dość, że na zadaniu nie poległa, to dzięki swej adaptatorskiej odwadze dała posępnemu romansowi  z 1847 r. drugie życie. Minimalistyczne Wichrowe wzgórza AD 2012 operują współczesnym, fragmentarycznym językiem, jednocześnie nie zaburzając realiów miejsca i czasu akcji, a nakreślone przez Arnold nowe wersje Heathcliffa i Cathy, choć w strojach z epoki, rezonują ze dzisiejszą nastoletnią emocjonalnością lepiej niż wszystkie Zmierzchowe  Belle i Edwardy razem wzięte. 
Cholernie oryginalna adaptacja i jednocześnie najbardziej zmysłowy film roku.

>>>> OSLO, 31 SIERPNIA (reż. Joachim Trier, Aurora Films)
Tak, Joachim Trier pochodzi z "tych" Trierów. To kuzyn Larsa von Triera, ale jak pokazał w swoim drugim filmie, kuzyn bardzo daleki. Podczas gdy zasłużony wujek znany jest z mało subtelnych technik manipulowania emocjami widza, reżyser Oslo, 31 sierpnia ujmuje tym, jak bardzo jest wobec nas szczery. Przedstawiona w jego filmie wizja jednego dnia z życia trzydziestolatka walczącego z problemem narkotykowym (świetny Anders Danielsen Lie) jest tak fair wobec widza i samej postaci, że nie idzie się z nią kłócić. Jednocześnie światopogląd bohatera i wybory, których dokonuje w swoim pierwszym dniu po odbytym właśnie odwyku, sprawiają, że wszystko w nas się buntuje, a pozycja bezsilnego obserwatora tego dramatu jest coraz bardziej nie w smak.
Kino katastroficzne w wersji mikro.

>>>> HOLY MOTORS (reż. Léos Carax, dystr. Gutek Film)
Choć film Caraksa do szerokiej dystrybucji wchodzi dopiero 11 stycznia, fakt pokazywania go w zeszłym roku w ramach kinowego tournée Nowych Horyzontów 2012 pozwala formalnie zakwalifikować go do tego podsumowania. Nie znam człowieka (dotąd niemłody już Francuz popełnił zaledwie trzy filmy), ale po Holy Motors już go lubię. Carax wie, co zrobić, by zjeść croissanta i mieć croissanta: jego filmowy eksperyment to z jednej strony całkiem normalna historia, w której śledzimy poczynania konkretnej postaci, z drugiej - bezczelnie jaskrawa metafora kina i tego, jaką funkcję ono spełnia. Swoją białą limuzyną z firmy Holy Motors Carax zabiera nas na niepoważną wycieczkę po historii filmu - kto kocha kino, szybko nie będzie chciał wysiąść.

>>>> MISTRZ (reż. Paul Thomas Anderson, , dystr. Gutek Film)
Dziwny film. Na pierwszym seansie denerwuje swoją oniryczną narracją i dystansem wobec widza, ale mimo wszystko nie pozwala o sobie zapomnieć. Po drugim zabija nam ćwika, nakłaniając do jeszcze głębszego zaznajomienia się z tematem. Przy trzeciej projekcji już bez zastrzeżeń przechodzimy na stronę reżysera, wprawnie zmanipulowani ręką mistrza ceremonii, całkiem jak wyznawcy doktryny Lancastera Dodda (Phillip Seymour Hoffman), którego historię specyficznej przyjaźni z jego zwierzęcym alter ago (Joaquin Phoenix) poznajemy w nowym filmie autora Aż poleje się krew (2008). Sam Anderson jako filmowiec zdaje się służyć dwóm panom - Altmanowi i Kubrickowi: po pierwszym odziedziczył talent w portretowaniu zamkniętych społeczności (co najlepiej widać w jego Boogie Nights), drugiemu zawdzięcza skłonność do dydaktyzmu oraz umiłowanie do symetrii (nie tylko wizualnej). W Mistrzu dostajemy najlepsze z obu światów: fascynujący obraz rządu dusz, nad którym pieczę stanowi przywódca kultu oraz pojedynek dwóch przeciwstawnych sił, wzajemnie sobą zafascynowanych.
Piękna metafora Ameryki i nie dająca spokoju historia o człowieku i jego (nie)wiernym psie. I, rzecz jasna, wielka rola Joaquina Phoeniksa. Jeżeli ten wygadany aktor w tym roku nie otrzyma Oscara, nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej będą skompromitowane już na całej linii.

WYRÓŻNIENIA:
SIOSTRA TWOJEJ SIOSTRY (reż. Lynn Shelton, dystr. Gutek Film)
NAJSAMOTNIEJSZA Z PLANET (reż. Julia Loktev, dystr. AP Manana)
RAJ: MIŁOŚĆ (reż. Ulrich Seidl, dystr. Against Gravity)
AVENGERS (reż. Joss Whedon, dystr. Forum Film)
ZUPEŁNIE INNY WEEKEND (reż. Andrew Haigh, dystr. Tongariro Releasing)
FACECI W CZERNI 3 (reż. Barry Sonnenfeld, dystr. Imperial - Cinepix)
OPERACJA ARGO (reż. Ben Affleck, dystr. Warner Bros.)
IDY MARCOWE (reż. George Clooney, dystr. Kino Świat)
TED (reż. Seth MacFarlane, dystr. TiM Film Studio)
MAGIC MIKE (reż. Steven Soderbergh, dystr. Kino Świat)

Do powyższego zestawienia nie zostały włączone następujące filmy z roku 2011, które dopiero w 2012 miały premierę w Polsce: Pewnego razu w Anatolii (reż. Nuri Bilge Ceylan), W ciemności (reż. Agnieszka Holland), Wszystkie odloty Cheyenne'a (reż. Paolo Sorrentino), Zapiski z Toskanii (reż. Abbas Kiarostami), Artysta (reż. Michel Hazanavicius), Wstyd (reż. Steve McQueen), Projekt Nim (reż. James Marsh), Człowiek z Hawru (reż. Aki Kaurismaki), Musimy porozmawiać o Kevinie (reż. Lynne Ramsay), Moja łódź podwodna (reż. Richard Ayoade), Martha Marcy May Marlene (reż. Sean Durkin), Koń turyński (reż. Bela Tarr), Margaret (reż. Kenneth Lonergan).

Na liście zabrakło również ciekawych tytułów, na które w minionym roku KLAPS!owi najzwyczajniej w świecie zabrakło czasu - m. in. Wyspa skazańców (reż. Marius Holst), Anna Karenina (reż. Joe Wright), Biała noc (reż. Frédéric Jardin), Barbara (reż. Christian Petzold), Szczęśliwi ludzie: rok w Tajdze (reż.  Dmitrij Wasiukow), Samsara (reż. Ron Fricke), Zostań ze mną (reż. Ira Sachs), Wiedźma wojny (reż. Kim Nguyen), Arirang (reż. Kim Ki-duk), Lęk wysokości (reż. Bartosz Konopka), Chwała dziwkom (reż. Michael Glawogger), Yuma (reż. Piotr Mularuk), Marina Abramović - artystka obecna (reż. Matthew Akers i Jeff Dupre), Tam, gdzie rosną grzyby (reż. Jason Cortlund i Julia Halperin), Wrong (reż. Quentin Dupieux), Ambasador (reż. Mads Brugger), Supermarket (reż. Maciej Żak).

WTOPY
Biorąc pod uwagę charakter tego bloga, nie można zapomnieć o prominentnych twórcach, którzy w 2012 zasłużyli na porządne cięgi. Filmy, które dali nam w minionym roku, choć na pewno dalekie od najgorszych, boleśnie zawiodły pokładane w nich nadzieje. Oto niesławna trójca 2012 r.:

>>>> PROMETEUSZ (reż. Ridley Scott, dystr. Imperial-Cinepix)

Pierwszym Obcym (1979) i Łowcą androidów (1982) Ridley Scott dał światu dwa najważniejsze filmy fantastycznonaukowe od czasu 2001: Odysei kosmicznej (1968) Kubricka. Kilka lat temu postanowił zmierzyć się z własną legendą i - łącząc wątki z obu swoich filmów - powrócić w chwale do świata SF. Premierę Prometeusza poprzedziła wzorcowa kampania reklamowa, pełna niecodziennych zwiastunów i przemyślanych virali, które dodatkowo rozbudziły apetyt fanów uniwersum Obcego. Tym, co przyszło później, nasycić można było już jedynie zmysły. Inspirowany teoriami Ericha von Dänikena scenariusz Jona Spaithsa po przeróbkach Damona Lindelofa (Lost - Zagubieni) zmutował z horroru SF w pseudofilozoficzny humbug o międzyplanetarnej ekspedycji prawdopodobnie najgorszego zespołu naukowców, jaki można sobie wyobrazić.
Miał być wielki powrót Scotta do świata fantastyki naukowej, jest głupawa rzeźnia w kosmosie inkrustowana pytaniami pozostawionymi bez odpowiedzi.

>>>> SPONSORING (reż. Małgorzata Szumowska, dystr. Kino Świat)
Kłujący w oczy i uszy polski dubbing na niemieckich aktorach w 33 scenach z życia (2008) Małgorzaty Szumowskiej sugerował, że polskiej reżyser łatwo przychodzi przymknąć czasem oko na niedoróbki, które konsekwentnie przeszkadzają widzowi zaangażować się w opowiadaną historię. To jednak, co dzieje się w jej francusko-polskim Elles (u nas zgwałconym przez dystrybutora chwytliwym tytułem Sponsoring) nie daje się już tak łatwo zignorować. Tym razem nie zawiódł casting ani technologia, a sam punkt widzenia autorki. Ta wątła historyjka o przeżywającej kryzys dziennikarce (Juliette Binoche) piszącej artykuł o prostytuujących się studentkach, zionie inteligencką pretensjonalnością bardziej niż wszystkie filmy Hanekego razem wzięte. Filmografia Szumowskiej, coraz bardziej przesycona egzystencjalnymi obawami klasy średniej, powoli staje się celuloidowym odpowiednikiem mema FIRST WORLD PROBLEMS.

>>>> PARANORMAL ACTIVITY 4 (reż. Ariel Schulman & Henry Joost, dystr. UIP)

Trzydziestolatkowie Ariel Schulman i Henry Joost swoimi osobami zainteresowali świat filmu w 2010 r., kiedy ich dokument Catfish oniemił widzów festiwalu w Sundance. Zaprezentowana w nim biegłość w wykorzystywaniu nowych form rejestrowania obrazu w celu opowiedzenia emocjonującej historii zapewniła im rok później angaż do reżyserii trzeciego odcinka cyfrowego horroru Paranormal Activity. Efekt pracy spodobał się i widzom, i krytykom, więc producenci intratnej serii czwartą odsłonę także powierzyli w ręce młodych filmowców. Okazało się, że tym razem dla Joosta i Schulmana roczny cykl, w jakim realizowane są horrory Paranormal Activity, okazał się za krótki, by z kolejnego odtwórczego scenariusza Christophera Landona zrobić film warty naszej uwagi. Paranormal Activity 4 to wymęczony zlepek pomysłów z trzech poprzednich części, od biedy urozmaicony kilkoma inscenizacyjnymi nowinkami. Co jest gorsze od komedii, która nie śmieszy? Tak, zgadliście - horror, który zwyczajnie nudzi.

A co według Was w 2012 r. zasłużyło na na najwięcej klapsów?

Źródła: materiały dystrybutorów, YouTubeDigital Trends, Interview MagazineIMDb

3 komentarze:

  1. w końcu jakaś ciekawa o oryginalna lista :) Holy Motors zostawiam sobie na 2013

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja czekalam i czekalam na Sponsoring, a kiedy juz sie ukazal nie mialam czasu obejrzec... Teraz chyba to w koncu nadrobie i sprawdze czy pretensjonalny. A z dubbingiem swieta racja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że ktoś docenia Wichrowe wzgórza tak jak i ja! :)

    OdpowiedzUsuń