Festiwale filmowe to wybitnie wyniszczające doświadczenie. Niby kultura powinna uszlachetniać, a tu smród potu od biegania pomiędzy festiwalowymi obiektami, żołądek jęczący po jedzeniopodobnych substytutach posiłków, przekrwione oczy od ciągłego gapienia się w ekran i spania po kilka godzin na dobę. Im dłużej trwa taki maraton siedzenia w ciemnych pomieszczeniach, tym bardziej człowiek przypomina zarośniętego, bełkoczącego, potykającego się o własne nogi neandertalczyka (właśnie to mają na myśli ludzie, gdy określają kogoś mianem „zwierzęcia festiwalowego”). Gdzieś pod koniec trzeciego dnia takiej imprezy kolejne filmy zaczynają się ze sobą zlewać, a poprojekcyjna kuluarowa krytyka - jeszcze dzień wcześniej tak bogata w odważne tezy i niecodzienne porównania – zaczyna powoli sprowadzać się do z trudem artykułowanych, kwiecistych wypowiedzi typu "daje radę", "w sumie może być" czy "a takie tam". Gdyby nie kawa i papierosy, połowa tych zombiaków wyczekujących pod drzwiami kin pewnie usnęłaby na stojąco. Spróbujcie to festiwalowe obciążenie pogodzić jeszcze z pracą i domowymi obowiązkami, a przekonacie się, jak wiele jest w stanie znieść ludzki organizm.
Dlatego też, nim klawiatura, z której korzystam, stanie się na tę noc moją poduszką, kilka słów o filmach, na których udało mi się nie przysnąć.
















